Holokaust w sowieckich łagrach

Początek podróży

Z więzień utworzonych na terenie Polski po zajęciu jej przez Sowietów osadzeni mogli dostać się tylko w dwa miejsca: do ziemi albo na zsyłkę. W swojej wspaniałomyślności Władza Ludowa wyroki śmierci ciążące na polskich patriotach zamieniła na wieloletnie, przymusowe roboty w łagrach. Więźniowie pracą w nieludzko ciężkich warunkach mieli odkupić swoje, często wyimaginowane, winy wobec społeczeństwa.

We wspomnieniach Antoniego Rymszy, gehenna rozpoczyna się już na początku podróży w stronę Syberii: ludzie stłoczeni w bydlęcych wagonach, karmieni co kilka dni gorzej niż psy, segregowani przy każdym postoju i za każdym razem, w jeszcze gorszych warunkach wiezieni do miejsca odbycia kary. Byli tacy, którzy nie wytrzymywali nieludzkiego traktowania; najsłabsi umierali z chorób i wycieńczenia, inni po prostu tracili zmysły i w trakcie postojów próbowali ucieczki – z góry przecież skazanej na klęskę. W sytuacji w jakiej się znaleźli nad instynktem samozachowawczym górę brała autodestrukcja. Kula z sowieckiego karabinu była jednym ze sposobów na skrócenie sobie cierpień.

Warunki transportu

Więźniom wydawano jedzenie co 4-7 dni, często dopiero gdy zaczęli się buntować. Podstawą ich diety była zupa zwana „bałandą”, którą gotowano z tego, co akurat było na stanie wielkiej armii ZSRR: kawałki brukwi, gdy ktoś miał szczęście, trafiał czasem na ziemniaka. Można się zatem domyślać, że żaden rarytas to nie był, jednak dla wycieńczonych skazańców nawet taki posiłek wydawał się darem niebios. Wydawanie polewki odbywało się w wagonach, więźniowie na ten czas nie byli z nich wypuszczani. Gdy padł rozkaz: „podchodzić kolejno z miskami!”, każdy wedle kolejki miał pobrać swoją porcję. A przecież wszyscy, na czele z załogą pilnującą składu, doskonale wiedzieli, że jedyne co osadzeni posiadają to ich ubranie. O miskach i sztućcach nie było mowy.

„W wagonie ponownie zrobił się szum. Nie mamy naczyń! Skąd mamy wziąć naczynia?! Nikt nam nie dał misek.

-Powiedziałem wyraźnie! – zdenerwował się Rosjanin, trzymający w ręku chochlę. Kto ma miskę, niech ustawi się w kolejce do kotła.

W zamieszaniu jakie powstało słychać było klątwy i wrzaski!

[…]

Nie odchodź, lej tu! W stronę kucharza wyciągnęły się ręce w których więźniowie trzymali zdjęte z głów czapki. Ktoś, kto nie miał ani miski ani czapki podstawił pod chochlę złożone w kształt naczynia dłonie. Zupa była jednak zbyt gorąca.”

Z każdym kolejnym przystankiem, z każdym kolejnym przeładunkiem warunki więźniów pogarszały się, choć trudno uwierzyć, że to możliwe. Do jednego wagonu upychano już nie 40 a 60 osób, nie było dyżurnych żołnierzy od czasu do czasu podających wodę najgorzej znoszącym podróż. Na sowiecką modłę przygotowywano ich do tego, co czekało u kresu tej ciężkiej drogi. W tym miejscu należy przypomnieć, że większość zesłańców w tamtym momencie nie była w kondycji fizycznej i psychicznej jaką cieszą się „normalni” ludzie: umęczeni torturami, ciężkimi, wielomiesięcznymi śledztwami, głodem i fatalnymi warunkami panującymi w zakładach karnych, trudy podróży znosili zdecydowanie gorzej niż miałoby to miejsce w przypadku osoby zdrowej. Proces odczłowieczania każdego dnia rozpoczynał się na nowo.

Dlaczego tej tragedii milionów białych ludzi (wśród których byli bohaterowie polskiego podziemia, partyzanci, niedobitki naszych elit, którym udało się przetrwać wcześniejsze czystki) nie nazywa się holokaustem, nie pisze się o tym setek artykułów, książek, wierszy, nie stawia się muzeów na setki milionów złotych? Czy podróż bydlęcymi wagonami trwająca miesiąc była mniejszym cierpieniem niż pokonanie w ten sam sposób trasy np. Warszawa-Oświęcim? Największy w dziejach świata holokaust dokonany został właśnie na białych Europejczykach, rękami komunistów. O pamięć tamtych ofiar niemodnie jest się upominać, niepoprawnym politycznie jest o nich mówić, źle widziane jest wskazywanie winnych.

Absurd za absurdem.

Głód

Im bardziej transport oddalał się od granic Polski, warunki podróży stawały się coraz trudniejsze. Chronicznie brakowało jedzenia, na niektórych, kilkudniowych odcinkach więźniowie otrzymywali tylko kubek wrzątku – on musiał zastąpić im posiłki.

„Więźniowie! Komendant mówi, że dostaliście na drogę suchy prowiant!

– Taka Twoja mać! Suchy prowiant! Kagda?! – Kiedy?! Jaki suchy prowiant, niczego nie dostaliśmy…

-Oficer tłumaczył później, że w jego dokumentach wyraźnie napisano, że wydano im suchy prowiant na 5 dni podróży. Gdyby nawet chciał im pomóc, nie był w stanie, bo miał wyliczone tylko skromne porcje dla obsługi”.

Gwałt na godności

Obok cierpień fizycznych jakich doznawali więźniowie, równie dotkliwie odciskały się na nich także te psychiczne. Troskliwa władza i jej nowe założenia w praktyce sprawiały, że owa „równość” była po prostu ciągłym gwałceniem wszelkich norm i zasad, jakie przez lata wypracowała cywilizacja Europejska. Więzień nie miał imienia, płci, charakteru, praw – wszyscy byli równie winni wobec komunizmu i musieli słono zapłacić za swoje odkupienie.

„-Jeżeli są wolni, to dlaczego pogonili ich tutaj, do więzienia? Całą grupę skierowano do bani i rozebrano z odzieży. Wśród nich były też kobiety i dzieci.

-Nagich ludzi, mężczyzn razem z kobietami i dziećmi zagoniono do bani…?

-Czy to prawda, że kąpiecie wszystkich wspólnie? – zapytał strażnika

[…]

-To nie łaźnia carska – odpowiedział strażnik – u nas wszyscy równi i wszy gryzą wszystkich jednakowo. Niech się cieszą, że władza sowiecka nie pozwala im popaść w epidemię”.

Na ten czas o godności i dumie należało po prostu zapomnieć.

„Piegowata dziewczyna z zardzewiałą głową szczerzyła do niego zęby w szatańskim uśmiechu. Zebrał w sobie wszystkie siły, by spojrzeć w dół, co ona natychmiast wykorzystała, chwytając ponownie w dłoń jego członka naciągając go i przykładając do niego połyskującą brzytwę. Żeby go nastraszyć, udawała, że ostrzy ją na jego członku. „

Buchta Wanino

Po 25 dniach podróży transport więźniów dotarł do ostatniego punktu postojowego przed wyjazdem na Kołymę. W otoczonym drutem kolczastym obozie faktyczną władzę sprawowali „Błatni” (Błatnyje – urki, „Błatnoj” to potoczne określenie złodzieja). Mieli własny, niepisany „kodeks honorowy”, którego najważniejszym punktem było przeciwstawianie się władzy sowieckiej. Błatnym nie było wolno wykonywać żadnych prac które służyłyby „budowaniu socjalizmu”. Za wiedzą i milczącą zgodą komendanta obozu trudnili się za to swoim niechlubnym zawodem – kradli ubrania, jedzenie, wszystko to, co w zonie stanowiło jakąś wartość.

Pożywienie

Posiłki wydawane były o przeróżnych porach, obiad nocą, kolacja nad ranem, w zonie nikt przecież nie liczył czasu. Porcje przypadające na jednego więźnia były dokładnie wyliczone, chleb rozdzielano pomiędzy osadzonych uprzednio ważąc go, tak by nikomu nie dostało się więcej niż 600 gramów.

„Chleb przywożono samochodami, obok których ustawiano stoły i wagi. Na ogół swoją pajdkę otrzymywało się do czapki w postaci różnych rozmiarów okruszyn. Chleb, a raczej jego okruchy, rozładowywano z samochodów szuflami. Ludzie którzy się tym zajmowali deptali go butami i dlatego w więziennych porcjach było mnóstwo piasku, niedopałków, zapałek i innego śmiecia. […] Dotkliwy brak wody zmuszał więźniów do picia zlewków kuchennych, które przypadkowo przeciekały przez róg ich zony.”

Zaraz po otrzymaniu swojej porcji, należało natychmiast ją zjeść – w przeciwnym wypadku istniało prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że ktoś z „uprzywilejowanych” zaraz zaopiekuje się cennym przydziałem.

Choroby

Leczenie stało na poziomie więcej niż prymitywnym, na 3500 więźniów przypadał jeden lekarz, Niemiec, w dodatku nie znający ani słowa po rosyjsku. Z dostępnych środków medycznych dysponował on jedynie tranem i słannikiem (wywar z gałęzi jedliny, podobno mający chronić przez szkorbutem). Jeśli więc chory nie był wystarczająco silny, by jego organizm sam mógł zwalczyć infekcję, jego los był właściwie przesądzony.

Wyniszczenie, skrajne wyczerpanie torturami i chronicznym brakiem pożywienia oraz całkowity brak higieny sprawiały, że śmierć zbierała w obozie wyjątkowo obfite żniwo. Tym faktem nikt z władz szczególnie się nie przejmował. Przy wywożeniu trupów poza teren zony wartownik za pomocą długiego drutu sprawdzał czy delikwent na pewno jest martwy, wbijając mu go w skroń. Jeśli denat nie wykazał przy badaniu widocznych oznak życia, z czystym sumieniem można było otworzyć wywieźć go na rosnącą z każdym dniem stertę ciał.

Na podstawie: J.S Smalewski „Więzień Kołymy”, Oficyna Wydawnicza Mireki, 2014r.